Warlikowski podbija Paryż


"Le Monde" o Warlikowskim pisze z entuzjazmem (fot. Nacho)

Jak zauważyliście zachwycam się dokonaniami Krzysztofa Warlikowskiego i staram się pokazywać, że mamy z kogo być dumni w świecie. W marcu (jeszcze przed występami w stolicy Francji) pojawiła się w „Le Monde” entuzjastyczna recenzja jego przedstawienia „Opowieści afrykańskie według Szekspira”.

Francuzi jednak delikatnie i z wdziękiem zwracają uwagę na to, o czym kiedyś pisałem: PIĘĆ i PÓŁ GODZINY (z dwiema przerwami) jest wyzwaniem dla większości widzów. Kto wie, czy nie za dużym….

Reklamy

Kolejowy powrót do przeszłości


PKP Intercity z dumą obwieszcza, że dogadało się z Rosjanami i od 12 grudnia przemykać będzie przez nasz kraj pociąg Moskwa – Paryż.

Damy lokomotywę i wagon Warsu, Rosjanie dadzą pozostałe wagony i tak zaoferujemy połączenie przez całą niemal Europę.

Dla bogatych będzie tam śniadanie podawane niemal do łóżka, a obok tego ostatniego – własna ubikacja i prysznic.

Atrakcje godne odnotowania, co uczyniło np. Radio Zet.

Mnie ta feta cieszy, jak cieszy każdy rozwój sieci kolejowej. Jednak pisząc czy mówiąc na ten temat warto przypomnieć, że to połączenie istniało przed laty. Pociąg już wtedy zapewniał relatywnie wysoki standard. Dziś jest to więc raczej reaktywacja niż stworzenie czegoś nowego.

Słyszałem niedawno z ust przedstawiciela PKP, że uruchomienie połączenia międzynarodowego „jest procesem niesłychanie skomplikowanym” i wymaga „zgrania ze sobą bardzo wielu aspektów”.

Muszę uwierzyć na słowo, że to niemal niewykonalne, bo kolejowych połączeń międzynarodowych rzeczywiście prawie już nie mamy.

Trzeba mieć nadzieję, że linia Moskwa – Paryż (przez Poznań, Warszawę) jest początkiem nowego spojrzenia i nowego działania…

Inwazja polskiego designu


reprod. Nacho

Co jak co, ale określenie „polski design” nie funkcjonuje w mojej świadomości.

Pewnie inne zdanie mają na ten temat studenci uczelni artystycznych czy sami artyści, ale bądźmy szczerzy – Skandynawia ok., Włochy ok., ale Polska?

No, widać można starać się o zmianę wizerunku i pokazywać, że ma się coś do zaoferowania. Paryż przypuścił zmasowany atak polskich twórców sztuki użytkowej i gdzie się nie obrócić, tam odnajdziemy  swojsko brzmiące nazwiska.

Czytaj dalej

Paryskie zakątki


Paryż ma setki miejsc przypominających o licznych więzach z Polską. Cmentarze, kościoły, ulice, księgarnie – tam przede wszystkim szukamy pamiątek i skojarzeń.  Można też inaczej, unikając wycieczek i tłumów…

Wejście do Muzeum Życia Romantycznego(fot. Nacho)

Kto tu zajrzy, przeniesie się w świat Chopina i George Sand. Meble, pamiątki, muzyka i drzewo genealogiczne wywodzące pochodzenie G. Sand od Augusta Mocnego, także króla Polski. Wspaniałe, spokojne miejsce z pysznym ciastem rabarbarowym…

Hotel Chopin (fot. Nacho)

Hotel Chopin nie jest łatwo znaleźć, bo trafia się na to piękne wejście w środku jednego z eleganckich pasaży handlowych…

Cukiernia Stohrera (fot. Nacho)

Wreszcie można odwiedzić cukiernię, której by dziś nie było, gdyby nie Maria Leszczyńska i jej ojciec Stanisław. Nicolas Stohrer został w 1725 roku naszym nadwornym piekarzem i cukiernikiem (gdy król z rodziną przebywał na wygnaniu we Francji, a Maria została żoną Ludwika XV). Był tak znakomity, że kilka lat później otworzył w Paryżu cukiernię. Dziś to według niektórych najstarszy tego typu lokal w Paryżu. I jeden z najlepszych. To właśnie polskie koneksje powodują, że baba przyjęła się tam jako nazwa ciasta, a wśród produktów cukierniczych znajdziemy historyczny odpowiednik napoleonki, czyli polonaise…

Święto roślin w pałacu Saint-Jean de Beauregard


Kiedy 3 lata temu pojechałem do pałacu Saint-Jean de Beauregard nie sądziłem, że kiedykolwiek o tym napiszę. Okazja zdarzyła się właśnie teraz, gdy dotarło do mnie zaproszenie na kolejne Fête des Plantes Vivaces, czyli Święto Roślin Wieloletnich, ponoć największą tego typu imprezę w Europie.

Czytaj dalej

Autystyczny recepcjonista


Historia jest zupełnie autentyczna, choć wolałbym, by nie była.

W jednym z paryskich szpitali specjalistycznych, w zgodzie z przepisami nakazującymi zatrudnianie osób niepełnosprawnych i w zgodzie z poprawnością wszelaką, zatrudnia się w recepcji osoby autystyczne.

Efekt jest taki, że wchodząc do budynku i chcąc się czegoś dowiedzieć, stajemy przed osobą, która patrzy na nas z zainteresowaniem, ale i lękiem.

Patrzy, gdy zadajemy pytanie, ale też i potem. Następuje cisza i intensywna wymiana spojrzeń. Powtórzenie pytania niczego nie zmienia. Odpowiedzi nie uzyskamy. Francuzi opowiadają sobie o tej sytuacji z rozbawieniem, ale są też nieco zażenowani.

Jak tu teraz – zgodnie z poprawnością – wyperswadować taki pomysł dyrekcji szpitala, nie urażając pana portiera.

Autystyczny recepcjonista odzywa się czasami – dokładnie wtedy, gdy ma na to siły i ochotę. Najczęściej, gdy sam chce zadać pytanie.

Podobno miała to być forma terapii. Mam nadzieję, że pomysł wynikał przynajmniej z życzliwości, a nie złośliwości.

Pałac w Wersalu – trony z całego świata


Do 19 czerwca można oglądać w Pałacu w Wersalu pod Paryżem pierwszą w historii wystawę tronów. Nigdy wcześniej nie pokazywano w jednym miejscu tego atrybutu władzy w takim zestawieniu.

Gdy w przepięknych wersalskich wnętrzach przechodzimy obok niemal 50 większych czy mniejszych tronów, na których zasiadali władcy świeccy i duchowni z różnych kontynentów, odczuwamy coś na kształt niedosytu.

Wyobraźnia bowiem kojarzy te siedziska z czymś wyjątkowym. Mogli wszak z nich korzystać jedynie ci najważniejsi i co za tym idzie najbogatsi.

Gdy patrzymy z bliska, trony okazują się w gruncie rzeczy ładnie zdobionym przedmiotem użytkowym. Przepych jest drugoplanowy. Zwłaszcza w wersalskich wnętrzach. Jeśli już coś zwraca uwagę to wielkość tych „foteli”. Te największe należały do papieży (jak ten obok na zdjęciu z pontyfikatu Innocentego X, XVIIw.), no i oczywiście władców rosyjskich.

Intrygujące i odmienne od europejskich są trony azjatyckie czy afrykańskie. Do obejrzenia mamy wersje „stacjonarne” i mobilne, bo władców także noszono, by np. złożyć im hołd poza pałacem.

Polonica też są. Wcale nieźle prezentuje się tron Stanisława Augusta Poniatowskiego, który do Wersalu przywędrował z Warszawy. Co oznacza także jego czasową nieobecność na Zamku Królewskim.

Wystawę obejrzeć można jadąc do Francji, ale też wirtualnie – część ekspozycji prezentowana jest w znakomity sposób przez witrynę Pałacu – muzeum w Wersalu. Uwierzcie mi jednak na słowo: miniona świetność tronów nie prezentuje się na żywo aż tak dumnie, jak na zdjęciach.

fot. ze strony internetowej Pałacu w Wersalu

Dwie godziny z Aną (z Air France)


Wyobraźcie sobie, że rozpoczynacie podróż samolotem i nie wiecie, co ze sobą zrobić. Tak właśnie było w poniedziałek. „Reisefieber” wykluczała sen, telefon został definitywnie wyłączony (a tam przynajmniej pasjans), magazyny ilustrowane przeczytane sumiennie w drodze „tam”.

Pozostało mi wiercenie się w fotelu i obserwacje.

To był samolot Air France z Paryża do Warszawy, obłożenie niemal pełne, a mój fotel w takim miejscu, że mogłem spoglądać jedynie na stewardessę. I były to jedne z najmilszych godzin, jakie spędziłem w powietrzu.

Szefowa pokładu przedstawiła się jako Ana „coś tam”. Na początku nie pomyślałem, że umieszczę ten temat w moim „Świecie”, więc dodam, że nazwisko brzmiało z hiszpańska, a i co do imienia pewne wątpliwości pozostają.

Tak czy inaczej, Ana była zjawiskowa. Wielkie usta, wielkie oczy, blond włosy, z grupy pracownic „doświadczonych”. Zaznaczam, że opis z poprzedniego zdania nie ma jakiegokolwiek podtekstu erotycznego. Czyste fakty.

Otóż Ana witała każdego wchodzącego na pokład tak szerokim i promiennym uśmiechem, że zrazu wydało mi się to wyszkoloną sztuczką. Trochę przypominała tym nieżyjącą niestety Izabelę Jarugę – Nowacką. Zacząłem przyglądać się uważniej, a potem prawie nie spuszczałem z Any wzroku. Pewnie po locie odetchnęła, że wysiadł ten „świr”, ale co mi tam.

Ana uśmiechała się przez całą podróż, zarówno kiedy to miało sens, jak i gdy go pozornie nie miało. Uśmiechała się do innych członków personelu, do pasażerów i do siebie samej. To było najbardziej ekscytujące.

Gdy brała do ręki jakiś dokument (chyba jakieś zestawienie dotyczące posiłków) uśmiechała się szeroko, ale z przekąsem. Wielkość kanapki potwierdziła potem, że miała rację.

Gdy spytałem, czy mogę skorzystać z toalety z przodu, po sekundowym zastanowieniu uśmiechnęła się szeroko. Zgodziła się, choć stwierdziła że w zasadzie jest to toaleta dla pierwszej klasy. Dodała jednak, że siedzę na tyle blisko, że nie ma sensu robić zamieszania chodząc przez cały samolot.

Ana dwukrotnie była poważna. Raz gdy jedna z pasażerek ociągała się z włożeniem swej torebki na półkę bagażową. Ana jednym ruchem zrobiła to za nią, ucinając wszelkie rozterki. Drugi raz była prawie poważna, gdy demonstrowała maski tlenowe i informowała o bezpieczeństwie lotu. Powaga wydała mi się tu czysto wymuszona.

Ana była też zagubiona. Gazety dla pierwszej klasy roznosiła z takim wdziękiem, że zapomniała o bożym świecie. Z każdym dyskutowała o preferencjach związanych z prasą, choć miała tylko dwa tytuły. Z atrakcyjnego zajęcia wybudził ją dźwięk sygnału oznaczającego start. Biegiem ruszyła do konsoli, by coś tam powyłączać, po czym jednym susem siadła mocując się pasami.

Ana przez bite dwie godziny lotu zajęta była tylko nim. Gdy siadała, na jej twarzy pozostawał lekki uśmiech, ale oczy analizowały otoczenie. Kończyło się np. tym, że nie odwracając głowy, sięgała ręką głęboko w tył i sprawdzała, czy drzwi do toalety są zamknięte.

Ana świetnie mówiła po francusku, ale już angielski musiał być dla niej wyzwaniem. Ktoś kto słuchał samego głosu, mógł odczuwać spokój i relaks. Ktoś, kto tak jak ja, patrzył – doznawał iskrzącej radości. Oto Ana manewrowała ustami i wszystkimi mięśniami twarzy z tak niewyobrażalną intensywnością, jakby uczestnicząc w niezwykle trudnej konsultacji logopedycznej. Na koniec był tradycyjny uśmiech (do siebie samej) i głębszy oddech.

Zaprzyjaźniłem się z Aną przez 2 godziny, chociaż powiedzieliśmy sobie coś jedynie o ubikacji, kanapce i napoju.

Z podglądania postanowiłem zrobić użytek i stworzyć portret pamięciowy Any (wyżej). Rysunek udał mi się średnio. Ana była nieco starsza niż na portrecie i prawie cały czas szeroko uśmiechnięta. Niech jednak pozostanie jako pamiątka niewiele znaczących, a sympatycznych dwóch godzin…

Lutowa forsycja


Coś niesamowitego… Nie, to nie Polska, ale sensacja nie mniejsza. Pod Paryżem zakwitły forsycje. Nawet jak na tamtejsze warunki pogodowe, jest to zjawisko zupełnie nietypowe. Ludzie przychodzą, oglądają, a niektórzy fotografują. Zdjęcie zrobione wczoraj – tylko dla Świata Nacho (dziękuję VL!)…