A przy okazji…


A przy okazji poprzedni wpis jest dowodem, jak ładnie działa wklejanie postów z Google+ do blogów WordPress. Kopiujesz link, wklejasz i już…

Reklamy

Krótkie spojrzenie


©Tomek Nacho

©Tomek Nacho

Po prostu tu zajrzałem. Tak, jak do czyjegoś bloga… Dziwne uczucie… Pobyt na Google+ zastąpił blogowanie, bo czasu jest na tyle właśnie, by dzielić się krótką informacją, zdjęciem, komentarzem…

Poza tym, przestałem się emocjonować polityką. Słyszę i widzę, co się dzieje, ale przecież jest mnóstwo bardziej zajmujących rzeczy.

Gdy emocje wrócą, może wrócę i ja…

Albo, albo…


textWiem, że wypada być wytrwałym. Doba ma jednak tylko 24 godziny… Gdy wpadnie się w wir Google+ (a trzeba nad tym najpierw popracować, bo tam samemu zdobywa się nowych znajomych), to także trzeba potem dokonywać wyborów.

Krótsza forma, jaką wymusza ta społecznościówka, jest wygodniejsza. Kontakt z odbiorcami natychmiastowy…

Cierpi na tym blog… Gdy nie ma mnie tu, jestem tam. Gdy chcecie się do mnie przyłączyć – dajcie znać… Dodam Was do swoich kręgów. A dzieje się…

Meandry statystyki


question (źródło ilustr.: automobilee.alle.bg)

question (źródło ilustr.: automobilee.alle.bg)

Wyjechać i wrócić. Zajrzeć na swój blog. Dojść do siebie, by ponownie coś napisać. Taki scenariusz to pewnie rutyna. Temat niespecjalny.

Jednak kolejny raz doświadczam przy tak banalnej okazji pewnego zwątpienia.

Czy jestem, czy mnie nie ma, czy piszę, czy nie piszę, statystyki blogowe wyglądają podobnie. Zagląda do mnie zbliżona liczba gości (miło mi zawsze bardzo :)).

Może blog jest takim miejscem, które trzeba regularnie odwiedzić? Może nie ma znaczenia, czy pojawia się tam coś nowego? Może to taka kawiarnia, gdzie się wpada przy okazji?

Z drugiej strony, może nie warto pisać, bo oglądalność utrzyma się zawsze na jakimś poziomie…

Może, gdy ktoś wchodzi, wcale nie czyta, bo czasy takie, że przebrnięcie przez 5 pierwszych zdań jest już wydarzeniem, o którym się mówi znajomym…

Z tego tekstu też nic nie wyniknie – podobnie jak ze statystyki odwiedzin…

Cóż, życie … 😉

Ktoś przede mną


ilustr. z 123rf

ilustr. z 123rf

Na razie nie wiem, co z tym zrobić. Od jakiegoś czasu obserwuję przerażającą koincydencję: gdy może i bym coś napisał, coś skomentował, coś dodał od siebie, znajduję w mediach podobny albo identyczny pogląd. Pogląd mój własny, ale przecież wypowiedziany przez kogoś zupełnie innego…

I co? Mam napisać to samo, udając że to moje pierworodne? A może dać tylko link z dopiskiem „ja też tak sądzę„?

Gdy nie jest się wyjątkowo wyjątkowym (a to niekoniecznie zaleta), jest się w grupie innych myślących podobnie, a czasem identycznie. Czyż nie wystarczy jeden przedstawiciel takiej grupy, by zakomunikować światu opinię w sprawie A albo w sprawie B?

Czy my wszyscy musimy komunikować się tak desperacko obficie?

Przyznam, że nie wiem.

Nieefektowny i nieefektywny


frustrat (ilustr. Nacho)

frustrat (ilustr. Nacho)

Zauważam, że wszyscy wokół mnie aż tryskają pracowitością, efektownością i efektywnością. Jeden to nawet wziął się i ściany maluje!

Nie wiem, jak to jest, ale mnie trafił się świat spraw niewidocznych i nieciekawych. Po powrocie z urlopu wrodzona sumienność dręczyła mnie od razu przypowiastkami w stylu: „trzeba napisać coś na blogu”.

„Trzeba napisać” – czyż ja o tym nie wiem?

Minęło półtora tygodnia od kiedy mam komputer w zasięgu oczu, a efekty blogowania zerowe.

Nie to, że jakiś wstręt czy obojętność. Tyram, żyły sobie wypruwam,  tryskam potem po szafach, ale tradycyjnie nikt tego nie zauważy.

Jeśli chodzi o tzw. widoczne efekty jestem jakimś społecznym wyrzutkiem. Nie mam czym się pochwalić, czego opowiedzieć. Samochodu nie odkurzyłem, ścian nie pomalowałem, chwastów nie wypieliłem. Hymnu pochwalnego na moją cześć nikt nie odśpiewa.

Tylko, że ja naprawdę nie miałem czasu…

Nacho disconnected


electric hand (fot. jaredandlindsay.com)

electric hand (fot. jaredandlindsay.com)

Życie i technika przyniosły mi ostatnio pewną niespodziankę psychologiczną. Uszkodzony router przez kilka dni odciął mi dostęp do części sieci internetowej, w tym do własnych blogów.

Byłem zaskoczony sam sobą. To niedowierzanie, poczucie krzywdy i pozbawienia mnie mojej własności…

Człowiek reaguje dziwnie. Niby w teorii wszystko umiemy przewidzieć, nic nam nie straszne, a tu drobiazg i trach…

Nasze blogi, konta w sieciach społecznościowych tkwią w przestrzeni wirtualnej, którą jednak z czasem „oswajamy” i traktujemy jak rzeczywistą. Brak prądu, uszkodzenie komputera czy routera uświadamia nam, że to co tworzymy w sieci zdążyło do nas niemal przyrosnąć.

Niby wszystko jest publiczne, ale też jest wyjątkowo intymne i własne. Dziś niemal nikt nie pisze pamiętników na papierze, ukrywając je potem skrzętnie przed wścibskimi.

Nasz udział w globalnej sieci jest jednak czymś w rodzaju pamiętnika. Czujemy, że należy do nas od początku do końca. Czujemy, że kontrolujemy sytuację.

Wirus, hakerzy, awarie różnego rodzaju – są jak policzek. Warto sobie powtarzać, że „My w sieci” jesteśmy zaledwie pewną iluzją i chyba nie należy jej traktować tak serio…

Nacho jest zawsze pod wpływem


Doszedłem już któryś raz z rzędu do wniosku, że jestem wyjątkowo niesympatyczny. Otóż, nie dodaję nowych odnośników do innych blogów i w ogóle w zasadzie innych polskich blogów nie czytam.

Choćby pisali tam o pojawieniu się drugiej Matki Boskiej albo ogłoszeniu ślubów kapłańskich posłanki Grodzkiej.

Nie czytam celowo i z podłości (zaglądam tylko grzecznościowo do Romka :))

Czytanie innych, którzy – tak jak ja – mają zdanie na wszystkie możliwe tematy świata, powoduje, że podświadomie się sugeruję. Podświadomie przyjmuję jakąś argumentację.

Nacho w tym miejscu ma być czyściutki i autentyczny. Słowem pur & clean!

Zaletę ma to jedną – gdy czytacie mój wpis i wydaje się Wam, że inni też to napisali, to znaczy że ja tych innych nie czytałem, a ma miejsce tylko przypadkowa zbieżność poglądów.

Rozumowanie ma wszak i wadę ukrytą: blogów nie czytam, ale inne media do mnie docierają. Wyrabianie własnego sądu jest więc żmudne i niemal niewykonalne.

Człowiek jest zawsze pod wpływem…