Odpowiadając Cimoszewiczowi


Włodzimierz Cimoszewicz (ilustr. Nacho; wykorzyst. zdj. Marcin Onufryjuk - Agencja Gazeta)

Włodzimierz Cimoszewicz (ilustr. Nacho; wykorzyst. zdj. Marcin Onufryjuk – Agencja Gazeta)

Włodzimierz Cimoszewicz umywa delikatnie ręce i nie chce babrać się w politycznym błocie. Zadaje za to pytanie internetowym przedstawicielom lewicowego liberalizmu (przyjmijmy ogólnie takie określenie), dlaczego ginie ich głos rozsądku i dlaczego pozwalają na harce polskich skrajności.

Poczułem się wywołany do tablicy…

Szanowny Panie Włodzimierzu!

Głos rozsądku utknął gdzieś pomiędzy dwoma silnymi magnesami o przeciwnych biegunach, które próbują – wbrew naturze – dociskać się coraz bardziej.

W tym starciu miejsca dla niego coraz mniej, bo jak wytrzymać to ciśnienie z obu stron, gdy wsparcia takich ludzi jak Pan prawie się nie odczuwa.

Jak wydusić z siebie głos, gdy słyszy się słowa przedstawicieli Kościoła Katolickiego brzmiące jak nawoływania ideologów o najgorszej reputacji.

Jak powiedzieć cokolwiek, gdy druga strona rysuje Kościół jak czarną plamę i przekonuje jakże niesprawiedliwie wymyślono podatek, który trafi do kasy instytucji, która na to nie zasługuje. Gdy strona ta zapomina, że podatek jest dobrowolny, a kwoty z niego płynące będą znacznie mniejsze niż to co Polska przeznacza na zbrojenia. Te ostatnie nie przeszkadzają nikomu.

Jak wypowiedzieć coś mądrego, gdy niemądrze mówi Lech Wałęsa, a jego głupie słowa pozwalają innym przekreślać wszystko dobre, czego Wałęsa był współautorem.

Jak mądrze skomentować tezy o propagandzie homoseksualnej, której po prostu nie ma (bo niby co miałaby skutecznie wylansować w heteroseksualnej większości). I jak zasugerować drugiej stronie, że mówienie od dwóch miesięcy przede wszystkim o związkach partnerskich, może przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Wszak i tak sprawa realnie nie została posunięta naprzód przez rządzącą Platformę Obywatelską.

Jak przekonać kogokolwiek, że mając ponoć świetnych i rozchwytywanych lekarzy, chwalonych w szpitalach od Islandii po Grecję, mamy też lekarzy, którzy swą świetność umieją zaprezentować pacjentom tylko w powiązaniu z kasą. Dużą kasą. I jak dodać, że przygotowanie merytoryczne nijak się ma do przygotowania i predyspozycji moralnych, do empatii i życzliwości. I fantastyczny system cudu nie przyniesie.

Jak powiedzieć, że brunatna siła wkraczająca na wykłady, a gdzie indziej atakująca ludzi, jest groźna nie tylko dla tych, którzy są jej celem dzisiaj. Jak przekonać, że oprócz kolejnej informacji w mediach oczekiwana jest reakcja policji, prokuratury, ministra sprawiedliwości, kościołów.

Głos z internetu nie ma tej samej nośności, co głos autorytetów sfery publicznej. Nie chodzi tu jednak tylko o komentarze na temat aktualnych wydarzeń.

Czas coś zrobić, bo inaczej Pana głos będzie tylko głosem na puszczy. W przenośni i dosłownie, panie Włodzimierzu!

Reklamy

Gehenna ostatnich miesięcy


(ilustr. Nacho; wykorzyst. fot. z en.gtmedservice.com)

(ilustr. Nacho; wykorzyst. fot. z en.gtmedservice.com)

Płacze i biadolenia nad Amber Gold trwają od tygodni. Za ludzką naiwność i bezmyślność próbuje się oskarżać premiera. Zapomina się, że poszkodowani mieli wybór.

Wyboru od lat nie mają pacjenci trafiający w odchłań absurdów polskiej służby zdrowia. Już niemal nikt nie zadaje sobie pytania, jak to możliwe, że w XXI wieku, w środku cywilizowanej Europy jest kilka miesięcy, kiedy obowiązkowo trzeba być zdrowym. Pacjenci słyszą nieustannie, że kończą się kontrakty, że nie ma pieniędzy, że zabieg odbędzie się w roku przyszłym.

Wielu skazanych na pobyt w szpitalu, wychodzi z niego w pustkę. Szpital zrobił, co musiał, a dalej wolna amerykanka. Rodzinie sparaliżowanego udarem  nie mówi się, co dalej począć z chorym. Nie mówi się, gdzie trzeba się zgłosić, od czego zacząć, jak sobie radzić. Szpital kończy Swoje zadanie, reszta nie należy do niego.

W polskiej służbie zdrowia nikt z nikim nie współpracuje, pacjenci godzą się niemal na wszystko, pieniądz warunkuje każdy ruch ręki i czynność mózgu oświeconego medyka.

Przypominam więc wszystkim: można inaczej!!! Gdzie indziej naprawdę tak nie jest! Trzeba znaleźć i wybrać tych, którzy też to wiedzą i spróbują walnąć młotem w nasz paranoidalny system „opieki” zdrowotnej!

 

 

Dla dobra pacjenta…


Cała ta zgraja urzędników wyższego i niższego szczebla zajmujących się służbą zdrowia powinna wreszcie przestać mówić, że robi cokolwiek dla dobra pacjenta. Zmuszony iść do przychodni rejonowej na łódzkich Bałutach czytam kolejny już raz (bo tak było i rok temu na wiosnę), że wstrzymane jest wypisywanie recept bez obecności pacjenta.

Kolejne ułatwienie polega więc na tym, że zdobycie recepty dla osoby kontynuującej od lat leczenie i nie wymagającej zmiany leków, oznacza konieczność zerwania się świtem, wyczekania w kolejce na chłodzie i wietrze tylko po to, by otrzymać kolejną niezbędną receptę. Kolejka wydłuża się więc bez żadnej przyczyny.

Jesteśmy traktowani jak banda przygłupów z marginesu – mimo regularnych składek nie należy nam się nawet minimalny komfort i logika. Nie jesteśmy prezydentami Komorowskimi i do nas lekarz nie przyjdzie z zapasem lekarstw na katar.

Mamy żyć i przeżyć słuchając, że wszystkie działania rządu Platformy Obywatelskiej mają na celu nasze dobro.

ONI pewnie lepiej wiedzą, co jest dla nas dobre…

Hopsasa, hopsasa, cudowna Platforma nasza!


Recepta szczęścia wg Arłukowicza (ilustr. Nacho, wykorzyst. zdj. z charmingdragonfly.blogspot.com)

Euforia głosujących ostatnio na Platformę Obywatelską sięgnęła chyba zenitu. Bartosz Arłukowicz obwieścił, że oto właśnie wywiązał się ze swoich obietnic i wkrótce sprawa recept zostanie rozwiązana.

Dla dobra pacjenta, oczywiście.

Pastwienie się nad biednym Bartoszem nie sprawia mi żadnej przyjemności. Sam się jednak o to prosi.

Jeśli ktoś – mając na uwadze układy i pozycję pani marszałkowej Kopacz – nie ma odwagi powiedzieć, że to ona odpowiada za chaos, to musi mieć odwagę przyznać, że sam ponosi winę.

Bartosz Arłukowicz nie chce powiedzieć ani jednego, ani drugiego.

Platformiane towarzystwo słyszy więc, że jest cudownie i obietnice są realizowane.

Nie wiem, kto i kiedy coś obiecywał, ale rozsądek podpowiada mi, że cieszyć się należy, jeśli coś funkcjonuje poprawnie.

Obiecać można poprawne funkcjonowanie państwa, czyli dyskutowanie z lekarzami najpóźniej do końca grudnia – tak, by od 1 stycznia płynnie wejść w nowe przepisy. Dyskutowanie w styczniu to kompromitacja, ale może to właśnie sympatykom Platformy obiecano…


przeczytaj też materiał z TVN24…

Bartosz mądry po papierosie


Prawie Sylwester, warszawskie lotnisko Okęcie. Do palarni przypominającej oszkloną windę wpada rozgorączkowany Bartosz Arłukowicz ze swoim zastępcą Szulcem.

– Może ja to jednak tak uzasadnię? pyta Bartosz.

– Nie, tak nie możesz. Lepiej powiedz im…

– To może ja im powiem, że trzeba zrobić tak…?

– Nie, tak im nie mów, bo jeszcze nie ma takiego przepisu. Trzeba byłoby zmienić konstytucję i w ogóle…

Nie chciało mi się słuchać dalej. Minister, od którego zależy życie i zdrowie milionów,a który dopiero uczy się kierowania resortem od swojego „wice”,  może budzić moją sympatię, ale jakoś nie budzi szacunku.

Eeee – pacjent, eeeee – zdrowie


e-pacjent - metoda z Aleksandrowa Łódzkiego (ilustr. Nacho)

Jak to pięknie wygląda na obrazku! Szczerzący śnieżnobiałe zęby lekarze aż proszą się, by odwiedzić ich w przychodniach Aleksandrowa Łódzkiego. Siedzisz sobie w zaciszu domu, czujesz, że rośnie ci temperatura – nic prostszego… Parę kliknięć i już masz umówioną wizytę…

Niewiarygodne?

Ano niewiarygodne.

Czytaj dalej

Z miłości do przeciętności


Z miłości do przeciętności (ilustr. Nacho)

Czy ja nie jestem zbyt surowy? Krytycznie o tym, krytycznie o tamtym…

Może to wszystko dlatego, że te najbardziej denerwujące sprawy najsilniej motywują do pisania…

Mamy rządy Platformy Obywatelskiej (i PSL, co podkreślają uparcie niektórzy). I w zasadzie gotów jestem nawet zgodzić się z tezą, że partia ta nieźle radzi sobie w czasie kryzysu. Że jest partią, która tak głęboko wgryza się w bieżące sprawy, że aż je jakoś rozwiązuje.

Pozostaje kwestia, czy mi to wystarcza. Niestety, mam nieco wyższe aspiracje.

Czytaj dalej

Coroczna drgawka NFZ


Żyjemy w państwie przyjaznym i sympatycznym, jak mało które. Dorocznym objawem sympatii państwa do obywatela jest zamieszanie, które wprowadza NFZ. Po jakimś czasie się z niego wycofuje.

Chodzi o recepty dla osób długotrwale chorych. Jeśli kontynuują one swoje leczenie i nic specjalnego się nie dzieje, mogą udać się do przychodni i zostawić w rejestracji karteczkę z prośbą o kolejną receptę. Nawet nie wiecie, jak dużej liczby osób to dotyczy.

Przyjaźń państwa reprezentowanego przez NFZ i Minister Zdrowia polega na tym, że instytucje te rok w rok dbają o świeżość spojrzenia i zdrowie psychiczne pacjentów. Nie ma to przecież, jak regularny drobny wstrząs. Powoduje on, że zastanawiamy się nad swoim życiem, szukamy nowych rozwiązań, stajemy się bardziej twórczy.

Jaki ta drgawka ma przebieg? Oto, po wykrytych nieprawidłowościach w postępowaniu lekarzy, wprowadza się zakaz wydawania recept bez osobistej wizyty u lekarza. Po kolejną receptę trzeba iść do gabinetu i odstać swoje. Jaka dbałość o życie towarzyskie i pełniejsze wykorzystanie czasu medyków… Wielu pacjentów leży non-stop w łóżkach, więc o drgawce nawet nie wie. „Nowa” metoda testowana jest na członkach rodzin, co poszerza krąg objętych terapią. Przybywa też wizyt domowych.

Tak jest co roku – na wiosnę, czasem latem, niekiedy jesienią. Pani Minister publicznie się potem zastanawia, że może trzeba to jeszcze raz przemyśleć (ludzie piszą listy). Po przemyśleniach wszystko wraca do normy. Terapia została zastosowana – pacjent nie przysypia, dzięki zmianom jego umysł jest bardziej elastyczny.

O dzięki Ci władzo za troskę i przyjaźń!


Autystyczny recepcjonista


Historia jest zupełnie autentyczna, choć wolałbym, by nie była.

W jednym z paryskich szpitali specjalistycznych, w zgodzie z przepisami nakazującymi zatrudnianie osób niepełnosprawnych i w zgodzie z poprawnością wszelaką, zatrudnia się w recepcji osoby autystyczne.

Efekt jest taki, że wchodząc do budynku i chcąc się czegoś dowiedzieć, stajemy przed osobą, która patrzy na nas z zainteresowaniem, ale i lękiem.

Patrzy, gdy zadajemy pytanie, ale też i potem. Następuje cisza i intensywna wymiana spojrzeń. Powtórzenie pytania niczego nie zmienia. Odpowiedzi nie uzyskamy. Francuzi opowiadają sobie o tej sytuacji z rozbawieniem, ale są też nieco zażenowani.

Jak tu teraz – zgodnie z poprawnością – wyperswadować taki pomysł dyrekcji szpitala, nie urażając pana portiera.

Autystyczny recepcjonista odzywa się czasami – dokładnie wtedy, gdy ma na to siły i ochotę. Najczęściej, gdy sam chce zadać pytanie.

Podobno miała to być forma terapii. Mam nadzieję, że pomysł wynikał przynajmniej z życzliwości, a nie złośliwości.