A zapowiadał się tak dobrze…


fot. wikipedia

fot. wikipedia

Oto cytat:

„…w młodości był przykładnym synem katolickiej rodziny. Każdej niedzieli chodził na msze do kościoła, spowiadał się regularnie, czego żądała od niego matka. Zawsze kierował nim żarliwy patriotyzm. Cierpiał, gdy ze względu na młody wiek (…) nie mógł zaciągnąć się do wojska”.*

Ten przykładny syn, żarliwy katolik i patriota to nikt inny, jak Heinrich Himmler, późniejszy zbrodniarz, współtwórca SS i podpora Hitlera w polityce eksterminacyjnej.

Bo można być katolikiem i patriotą i czynić zło na wielką skalę. Można też czynić dobro bez pobudek religijnych czy patriotycznych. I na odwrót.

___________________________________

* z „Himmler: geneza szaleństwa”, aut. Bogusław Wołoszański, w : Newsweek Historia 5/2012
Reklamy

A ojciec nadal nieznany


Jens-Jürgen Ventzki "Cień ojca" (fot. Nacho)

Jens-Jürgen Ventzki "Cień ojca" (fot. Nacho)

To mogła być książka wyjątkowa, ale taką nie jest. Choć cieszy się w Łodzi dużą popularnością (może i poza nią), niespecjalnie przynosi nam wiedzę, której już byśmy nie mieli lub której nie moglibyśmy się domyślać.

Czytaj dalej

Holocaust wydepilowany


Steve Sem-Sandberg - Biedni ludzie z miasta Łodzi (reprod. Nacho)

Trzeba było Szweda, by pięknie i wyraziście opowiedzieć o tym, co działo się za murami największego getta II wojny światowej. Żaden Polak, żaden Łodzianin, żaden człowiek stąd, nie miał ochoty popracować solidnie nad tym tematem.

Trudno – mamy w efekcie szwedzką książkę o łódzkich Żydach. Książkę pasjonującą i – być może – najlepszą, jaką na ten temat przeczytałem. Polecam każdemu!

Na marginesie tej lektury przyszło mi do głowy, że może OBOK nazywania wszystkiego wokół imieniem Jana Pawła II, warto nazwać by co nieco imieniem milionów ofiar wymordowanych przez Niemców w obozach i gettach.

Może zdobylibyśmy się na hołd milionom POLSKICH OBYWATELI wyznania mojżeszowego, których już nie ma.

W Łodzi jest ulica (uliczka) Bojowników Getta Warszawskiego. Bo walczyli?

Są uliczki Hersza Berlińskiego i Berka Joselewicza. Bo walczyli.

Jest ulica Karskiego (od niedawna) i Roosevelta (od dawna). Ulica tego, który wrzeszczał do władców świata, że tu morduje się społeczność żydowską i ulica tego, który dobrze o tym wiedział i nie ruszył palcem w tej sprawie.

Czytaj dalej

W ciemności widać mniej


Scena z filmu - ilustr./zrzut Nacho

To całkiem dobry film. Nie arcydzieło, ale film, na który warto wybrać się do kina. Jeśli dostanie Oskara, to raczej z powodów politycznych niż za podniesienie sztuki filmowej na poziom wyżej.

Czytaj dalej

Berlin od zewnątrz i od środka


Roger Moorhouse kontra Hans Fallada (fot. Nacho)

To miało być tak… Napiszę coś o tym, co czytam. Napiszę więc o książce Rogera Moorhouse’a „Stolica Hitlera” (wyd. Znak Kraków 2011), a kiedyś potem o powieści Hansa Fallady „Każdy umiera w samotności” (wyd. Sonia Draga, Katowice 2011).

Nie wyszło. Pierwszy tekst nie doczekał się mojej chęci pisania, drugi przyspieszył i zderzył się z tamtym, który kiełkował zaledwie w mojej głowie…

Czytaj dalej

Pamiętajmy o Karskim


Jan Karski - fot. Nacho

Czasem coś wydaje się nam takie lokalne i mało znaczące… Oto Lizbona – sam środek miasta. Wystawa sporej księgarni. Za szybą świetnie widoczne książki o Janie Karskim: Polaku, Łodzianinie, emisariuszu Państwa Podziemnego. Tym samym, który jako pierwszy powiedział światu prawdę o holocauście, gettach i masowych mordach. Powiedział największym tego świata osobiście, choć bez wyraźnego skutku.

Jego życie to wprost wymarzony materiał na trzymający w napięciu film. Film, którego nikt w Polsce dotąd nie nakręcił.

Jan Karski nie jest bezimienny, w zasadzie jego losy są znane, łódzkie muzeum ma specjalną salę poświęconą jego życiu.

Czy jest jednak bohaterem narodowym? Czy wystarczająco doceniamy, że mieliśmy takie wyjątkowe osobowości?

Niekoniecznie. Życie Karskiego to sukces, balansowanie na krawędzi. To taki wojenny James Bond. Nie ma tragicznej śmierci, męczeństwa, hektolitrów łez, krzyży. To niech zachwycają się nim inni…

Łódź. Holocaust. Wyjątkowe zdjęcia.


Logo instytutu Yad Vashem w Jerozolimie

Dzień Pamięci Holocaustu przypada w tym roku na początku maja. Dokładnie nie wiadomo kiedy, bo i Żydzi różnią się tu w opiniach. Co to jednak za różnica. Nie mogę przejść obojętnie obok masowej zbrodni, która rozgrywała się także tu – parę ulic od mojego domu… Czytaj dalej

U Lisa nieuleczalnie i wenerycznie


Wczorajszy program „Tomasz Lis na żywo” (możesz w całości zobaczyć tutaj…) był jak późne stadium choroby wenerycznej – niby pacjent żywy, lecz spustoszenie ogromne. Pacjent to obecni w studiu politycy Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, ci spoza studia w większości także…

Właściwie nie ma już co leczyć. Użyto najsilniejszych antybiotyków i najnowocześniejszej kuracji. Na próżno.

Sprawa jest chyba zupełnie beznadziejna.


Pochodzę z rodziny typowo polskiej. Ślady problemów ze stosunkiem do Żydów przewijały się sporadycznie przez moje dzieciństwo. Pamiętam, gdy babcia mówiła, że wybuch II wojny światowej pokazał – ku zaskoczeniu – że choćby w sprawach aprowizacyjnych we wrześniu 1939 roku chętniej pomagali mojej rodzinie łódzcy Niemcy niż Żydzi. Że Żydzi to był brud, smród i ubóstwo. Przed gettem jeszcze.

Takie stereotypy, z których niewiele wynikało. A jednak.

Przez większą część życia nie spotkałem Żyda, nie wiedziałem jak takie spotkanie miałoby wyglądać. Jeśli już, spodziewałem się jakiegoś lekko nieprzyjemnego i nieokreślonego wrażenia. W każdym razie spotkanie Żyda uznałbym za godne odnotowania. Potem spotkałem szewca i aktorów. Było najzwyczajniej w świecie, ale jakoś tak „specjalnie”.

To „specjalnie” rozumiem dopiero od niedawna. Leciutko śmierdzący antysemityzm był ze mną zawsze.

Temat był dla mnie fascynujący i niepojęty. Jak mogłem mieć jakieś uprzedzenia nie znając Żydów?

Holocaust i jego skala nie mieściły mi się w wyobraźni…

Ostatni rok to zmasowana lektura książek i liczne filmy na ten temat. Po wielu latach ponownie obejrzałem wielogodzinny film „Shoah”. Kiedyś wydał mi się strasznie nudny. Dziś myślę, że to arcydzieło prostoty i emocji.

Po pewnym czasie nie miałem już wątpliwości, że jako nacja maczaliśmy w tragedii holocaustu palce. To jasne jak słońce i proste jak drut. Maczaliśmy nie przy pomocy marginalnych ohydnych zbrodni, ale dość powszechnie. Czasami przez czyn, czasami przez przyzwolenie. Najczęściej przez udawanie, że wokół nas nic się nie dzieje.

Kropka. To rola Polaków, pomimo setek przykładów współczucia, bezinteresownej pomocy i odwagi.

I oto wczoraj słucham jak panowie z PiS-u opowiadają jakieś straszne dyrdymały, są obrzydliwi w swym obronnym bełkocie. Bredzą, bo im się wydaje, że bronią narodu i bronią polskości. Atakowanych przez – a jakże – całą resztę.

Po programie było mi niedobrze, bo nie chciało mi się wierzyć, że można tak udawać i tak fałszować. W „żywe oczy”. Powoływać się na takie „autorytety”, które to z nas czyniły największych męczenników i bohaterów.

Jesteśmy smutnym narodem pozbawionym umiejętności patrzenia w lustro. Smutnym narodem, którego spora część gotowa bić i szczuć w obronie pseudo-honoru, pseudo-patriotyzmu i pseudo-religijności.

Tomasz Lis podjął temat trudny, ale – wydawałoby się – nie beznadziejny. Nie znam kraju w Europie, który nie musiałby się wstydzić za jakąś część swej historii. Powinno być nam łatwiej, bo jako ludzie mamy prawo popełniać błędy. A rozumiejąc je, możemy sobie wybaczyć.

Niestety, co najmniej 1/3 z nas (optymistycznie licząc) żyje w błogostanie obłudy i nienawiści. Oficjalnie nikt nie jest antysemitą, nieoficjalnie – droga do powiedzenia prawdy o nas samych (nie o Żydach, Niemcach, Rosjanach – bo w tym jesteśmy niezastąpieni) jest jeszcze bardzo długa…

ilustr. Nacho z wykorzystaniem źródła: Meritum

Panie Warlikowski, widz też człowiek!


Jeżeli ktoś myślał, ze po tym tytule posypią się jakieś słowa krytyki pod adresem twórczości Krzysztofa Warlikowskiego, to grubo się pomylił.

Pod adresem twórczości – na pewno nie!

(A)pollonia, którą miałem szczęście zobaczyć w ostatni weekend, jest wydarzeniem wyjątkowym, a i być może najlepszym przedstawieniem teatralnym, jakie widziałem w swoim życiu. [Tylko proszę – bez komentarzy w stylu: „to mało jeszcze widziałeś…”]

Warlikowski to polski fenomen na skalę europejską i trzeba go hołubić i dopieszczać. A niech mu tam – zasłużył!

Dodatkowe zdanie poświęcę Małgorzacie Hajewskiej – Krzysztofik. W moich oczach wyrasta oto gwiazda o wyjątkowo pięknym blasku. Aktorka – nawet w tym spektaklu – będąca o oczko wyżej od wszystkich. Nawet od znakomitego Macieja Stuhra i przepysznej Ewy Dałkowskiej. Również od znakomitej Małgorzaty Cieleckiej. Hajewska – Krzysztofik nie gra – ona jest postacią ze sceny i widać to zwłaszcza przy oklaskach końcowych, kiedy ma zdobyć się na uśmiech w stronę widowni. Nie jest łatwo… Fenomenalna!

Czytaj dalej