Miłość obowiązkowa, czyli rozmówki małżeńskie 24


ilustr. Nacho

ilustr. Nacho

Reklamy

Kobiety bez wąsów


Panie nie chcą już nosić przyklejanych wąsów.

Dziennikarz pyta: „To jak woli Pani, żebym się do Pani zwracał: Pani inspektor czy Pani inspektorko?”. Tej było obojętne – inne na każdym kroku podkreślają, że mają dźwięczne i wdzięczne końcówki. Do kilku określeń przyzwyczailiśmy się od lat – przede wszystkim tam, gdzie zawody są w znacznym stopniu sfeminizowane. Inne wydają się pretensjonalne i dziwne. Skoro jednak kobiety czują się z męską nazwą zawodu fatalnie, to niech mają, o czym marzą.

ilustr. Nacho

ilustr. Nacho

Ja też marzę o tym, by firma Yves Rocher nie tytułowała mnie bez przerwy „Pani”, mimo że imię i nazwisko mam jak najbardziej męskie. Macham jednak ręką, bo forma naprawdę ma znaczenie drugoplanowe. Ważne są intencje i przekaz. Przynajmniej dla mnie.

Kobiety i mężczyźni – równanie nierównego


Oslo - jedna z prac Wiegelanda (fot. Nacho)

8 marca jako Dzień Kobiet jest dla mnie od lat zagadką nieodgadnioną. Może dlatego, że brak mi wyobraźni do dyskryminowania kobiet w jakikolwiek sposób.

Wręczanie kwiatków wymuszone niekiedy okolicznościami powoduje, że odbiera mi głos i rozum.

Płeć żyjąca dłużej i zdrowiej, na ogół wykonująca lżejsze od tej drugiej prace wygląda z reguły na bardzo zadowoloną z okazywanych hołdów. Nie wiem, czego hołdy dotyczą. Jeśli chodzi o urodę, to dziwne, że ma to być raz w roku. Jeśli chodzi o macierzyństwo i dzieci – okazje będą w maju i czerwcu.

Jeśli idzie o zrównanie praw z mężczyznami – zakładam, że od strony formalnej walka dawno zakończona. Popierając feministki walczące na manifach o różne rzeczy, odnoszę się do przypadków przedmiotowego traktowania kobiet w różnych sytuacjach i ewentualnie poniżania kobiet w niektórych dalekich krajach.

Powody do manif (choć przyjęło się, że dotyczą one wyłącznie pań) mieliby także faceci, ale jeszcze na to nie wpadli.

Czytaj dalej

Okrucieństwo dychotomiczne


Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czy po rosyjskim kinie możemy spodziewać się czegoś wyjątkowego? Czy przedstawienie świata kontrastowego do bólu może być atrakcyjne i prawdziwe na ekranie?

Twierdzące odpowiedzi na te pytania nie mają dla mnie wątpliwości po obejrzeniu filmu „Okrucieństwo” w reżyserii Mariny Ljubakowej (premiera: 2007; w Polsce: 2010).

Czytaj dalej

Dwie godziny z Aną (z Air France)


Wyobraźcie sobie, że rozpoczynacie podróż samolotem i nie wiecie, co ze sobą zrobić. Tak właśnie było w poniedziałek. „Reisefieber” wykluczała sen, telefon został definitywnie wyłączony (a tam przynajmniej pasjans), magazyny ilustrowane przeczytane sumiennie w drodze „tam”.

Pozostało mi wiercenie się w fotelu i obserwacje.

To był samolot Air France z Paryża do Warszawy, obłożenie niemal pełne, a mój fotel w takim miejscu, że mogłem spoglądać jedynie na stewardessę. I były to jedne z najmilszych godzin, jakie spędziłem w powietrzu.

Szefowa pokładu przedstawiła się jako Ana „coś tam”. Na początku nie pomyślałem, że umieszczę ten temat w moim „Świecie”, więc dodam, że nazwisko brzmiało z hiszpańska, a i co do imienia pewne wątpliwości pozostają.

Tak czy inaczej, Ana była zjawiskowa. Wielkie usta, wielkie oczy, blond włosy, z grupy pracownic „doświadczonych”. Zaznaczam, że opis z poprzedniego zdania nie ma jakiegokolwiek podtekstu erotycznego. Czyste fakty.

Otóż Ana witała każdego wchodzącego na pokład tak szerokim i promiennym uśmiechem, że zrazu wydało mi się to wyszkoloną sztuczką. Trochę przypominała tym nieżyjącą niestety Izabelę Jarugę – Nowacką. Zacząłem przyglądać się uważniej, a potem prawie nie spuszczałem z Any wzroku. Pewnie po locie odetchnęła, że wysiadł ten „świr”, ale co mi tam.

Ana uśmiechała się przez całą podróż, zarówno kiedy to miało sens, jak i gdy go pozornie nie miało. Uśmiechała się do innych członków personelu, do pasażerów i do siebie samej. To było najbardziej ekscytujące.

Gdy brała do ręki jakiś dokument (chyba jakieś zestawienie dotyczące posiłków) uśmiechała się szeroko, ale z przekąsem. Wielkość kanapki potwierdziła potem, że miała rację.

Gdy spytałem, czy mogę skorzystać z toalety z przodu, po sekundowym zastanowieniu uśmiechnęła się szeroko. Zgodziła się, choć stwierdziła że w zasadzie jest to toaleta dla pierwszej klasy. Dodała jednak, że siedzę na tyle blisko, że nie ma sensu robić zamieszania chodząc przez cały samolot.

Ana dwukrotnie była poważna. Raz gdy jedna z pasażerek ociągała się z włożeniem swej torebki na półkę bagażową. Ana jednym ruchem zrobiła to za nią, ucinając wszelkie rozterki. Drugi raz była prawie poważna, gdy demonstrowała maski tlenowe i informowała o bezpieczeństwie lotu. Powaga wydała mi się tu czysto wymuszona.

Ana była też zagubiona. Gazety dla pierwszej klasy roznosiła z takim wdziękiem, że zapomniała o bożym świecie. Z każdym dyskutowała o preferencjach związanych z prasą, choć miała tylko dwa tytuły. Z atrakcyjnego zajęcia wybudził ją dźwięk sygnału oznaczającego start. Biegiem ruszyła do konsoli, by coś tam powyłączać, po czym jednym susem siadła mocując się pasami.

Ana przez bite dwie godziny lotu zajęta była tylko nim. Gdy siadała, na jej twarzy pozostawał lekki uśmiech, ale oczy analizowały otoczenie. Kończyło się np. tym, że nie odwracając głowy, sięgała ręką głęboko w tył i sprawdzała, czy drzwi do toalety są zamknięte.

Ana świetnie mówiła po francusku, ale już angielski musiał być dla niej wyzwaniem. Ktoś kto słuchał samego głosu, mógł odczuwać spokój i relaks. Ktoś, kto tak jak ja, patrzył – doznawał iskrzącej radości. Oto Ana manewrowała ustami i wszystkimi mięśniami twarzy z tak niewyobrażalną intensywnością, jakby uczestnicząc w niezwykle trudnej konsultacji logopedycznej. Na koniec był tradycyjny uśmiech (do siebie samej) i głębszy oddech.

Zaprzyjaźniłem się z Aną przez 2 godziny, chociaż powiedzieliśmy sobie coś jedynie o ubikacji, kanapce i napoju.

Z podglądania postanowiłem zrobić użytek i stworzyć portret pamięciowy Any (wyżej). Rysunek udał mi się średnio. Ana była nieco starsza niż na portrecie i prawie cały czas szeroko uśmiechnięta. Niech jednak pozostanie jako pamiątka niewiele znaczących, a sympatycznych dwóch godzin…

O kobietach dzień po…


Utytułowani ludzie bronią niszowego, ale ponoć wartościowego pisma „Liberté!”. Mało kto o nim słyszał, więc pewnie dlatego chcą mu obciąć dotacje. Jest list otwarty w tej sprawie i publikuje go Gazeta Wyborcza.

Pod listem 36 podpisów wielce szacownych osób. Osoby szacowne to mężczyźni. Są też 2 szacowne kobiety. Takie kandyzowane wisienki na torcie.

List zajmie mało kogo, choć pewnie nieco spopularyzuje periodyk.

Podpisy zajęły mnie, bo fantastycznie pokazują miejsce pań w polskim życiu publicznym.

Wczoraj jakaś dyskusja popołudniową porą w czołowej stacji informacyjnej. Miejsce kobiet w polityce. Jest relacja z utworzenia kobiecego gabinetu cieni. I te uśmieszki prowadzących, te drobniutkie, a jednak mało finezyjne docinki.

Kobieta w Polsce jest „obiektem” niepoważnym. Pojawia się jako dodatek do garnituru, wtedy, kiedy tym noszącym garnitur wydaje się to ostatecznie niezbędne. Kobieta ma urozmaicać debatę publiczną, dodawać jej wdzięku i kolorytu.

Kobieta ma udowadniać, że mężczyzna jest tolerancyjny i otwarty na cały, wielki świat zjawisk niezwykłych.

Polska kobieta XXI wieku nadal nie jest partnerem i poważnie traktowanym adwersarzem.

Są naturalnie wyjątki, ale – jak wszyscy wiemy- żyjemy w kraju cudów, więc coś odstającego od reguł tego świata może się zdarzyć.

Nikt nie zastanawia się dziś na poważnie , czy nie jest jednak tak, że to właśnie kobiety są dziś największymi osobowościami nudnej, narcystycznej i zacietrzewionej klasy politycznej. Na poważnie nikt nie przelicza, jak istotne są różne codziennie upubliczniane zarzuty wobec rządzących masowo mężczyzn i jak często mamy ich wszystkich serdecznie dosyć. I jak rzadko dotyczy to pań (z poprawką dotyczącą ich procentowego udziału w przeróżnych gremiach).

Nikt nie czyni porównań i nie wspiera tu kobiet na poważnie, bo na poważnie nie mają tu szans.

Nie robi tego nawet większość samych kobiet, no bo jak przyjdzie co do czego to przecież mężczyzna jest bardziej godny zaufania, choćby pijak i awanturnik.

W Polsce o rasizmie, ksenofobii i dyskryminacji mówi się w odniesieniu do Arabów, Żydów, gejów.

Panowie, nie trzeba szukać tak daleko!

PS. O żadnym z poruszonych tu zjawisk nie mówi pani Radziszewska, bo z reguły nie mówi w ogóle o sprawach istotnych. Polskim paradoksem jest fakt, ze ona też jest kobietą.