Panteon anty-sław


Newsweek Historia nr 1-2/2013

Newsweek Historia nr 1-2/2013

Najnowszy Newsweek Historia proponuje „plebiscyt” na najgorszych Polaków w historii. Swoje głosy oddają znani politycy, historycy, redaktorzy pisma… Teoretycznie mógłby się z tego wyłonić obraz w miarę klarowny i porządkujący naszą wiedzę.

Czytam od tyłu, więc szybko łapię, że ulica Śmigłego – Rydza (jedna z większych w Łodzi) powinna zmienić nazwę. Czytam dalej, że i Piłsudski budzi spore wątpliwości. Podobnie Beck, Dmowski, nie wspominając o Gierku, który trafia do czołówki „złych”.

Spory wywiad z prof. Zbigniewem Mikołejko gmatwa wszystko jeszcze bardziej. Wiele tez budzi moje wątpliwości. Nawet z profesorem można się w końcu nie zgadzać.

Pomysł redakcji był udany, realizacja też jest niezła. Gorzej z samymi wynikami.

Uświadamiają one, że poza ewidentnymi zbrodniarzami, nie ma postaci jednoznacznie negatywnych. Tam, gdzie są krytykujący, tam będą też obrońcy.

Lista „10 najgorszych” nie będzie więc miarodajnym i cytowanym kompendium. Pozostanie zabawą noworoczną i motywem niekończących się polsko – polskich dyskusji…

Reklamy

Rosyjskie klonowanie (tekst nieco dłuższy;))


Strona niejakiego "ihistoriana" (ilustr. Tomek Nacho)

Strona niejakiego „ihistoriana” (ilustr. Tomek Nacho)

Nie ukrywam, że jestem sfrustrowany. Nie napiszę o frustracjach osobistych, ale o tej, która dotyczy mojej dzisiejszej aktywności w sieci.

Korzystając z Google+, wdałem się w dyskusję polityczno – historyczną z Rosjanami.

Czytaj dalej

Berlin od zewnątrz i od środka


Roger Moorhouse kontra Hans Fallada (fot. Nacho)

To miało być tak… Napiszę coś o tym, co czytam. Napiszę więc o książce Rogera Moorhouse’a „Stolica Hitlera” (wyd. Znak Kraków 2011), a kiedyś potem o powieści Hansa Fallady „Każdy umiera w samotności” (wyd. Sonia Draga, Katowice 2011).

Nie wyszło. Pierwszy tekst nie doczekał się mojej chęci pisania, drugi przyspieszył i zderzył się z tamtym, który kiełkował zaledwie w mojej głowie…

Czytaj dalej

Pochwała spamu


Po Czernobylu... (fot. ze strony Chernobyl Pictures)

Życie pisze zaskakujące scenariusze. Jako tworzący blog, mam filtr spamu dla nadsyłanych komentarzy. Pośród zatrzymanych wpisów znalazłem mail będący tak naprawdę ukrytą reklamą strony „Chernobyl Pictures”. Postanowiłem wyjątkowo dopuścić do publikacji „komentarza”, bo kliknięcie przenosi nas na stronę z wyjątkowymi zdjęciami, przypominającymi nam o tym, co stało się w Czernobylu już po wybuchu w elektrowni. Dlaczego podjęto się takiej dziwnej formy promocji tej strony – nie wiem…

Polecam wszystkim (uwaga, drastyczne!)

Zobacz wszystkie zdjęcia…

Zaskakujące (?) wspomnienia Józefa Czapskiego


Józef Czapski - Na nieludzkiej ziemi

To już kolejne wydanie książki Józefa Czapskiego (wyd. Znak, 2011), w której autor wspomina swoją tułaczkę po ZSRR podczas II wojny światowej. Jak tysiące innych, trafił do obozu dla polskich żołnierzy kampanii wrześniowej, zaraz gdy Rosjanie zajęli nasze ziemie wschodnie.

Książka ta robi na mnie większe wrażenie niż „Archipelag Gułag” Sołżenicyna. Jest przerażająca i porażająca. Jednak nie to mnie zaskoczyło.

W pewnym momencie Czapski snuje refleksje na temat okresu, gdy Polaków zaczęto wypuszczać z łagrów, bo – na mocy porozumienia z Sikorskim – miało w ZSRR powstać sojusznicze wojsko polskie do walki z Niemcami.

Wygłodzeni i wyniszczeni rodacy trafiali do punktów formowania armii. Dostawali pierwsze od dawna przyzwoite posiłki, znośną odzież, zaczynali czuć, że nie są już zesłańcami.

Co wtedy?

Patrząc na tych ludzi, obserwując samego siebie, stwierdzałem, że nie staliśmy się lepsi ani odrobinę. Wystarczy trochę ubrać i odkarmić te kobiety z kirpicznych zawodów, z dalekich zesłań, wystarczy, aby ci mężczyźni wynędzniali, w podartych fufajkach, „męczennicy i bohaterowie”, w cudzysłowie i bez cudzysłowu, z cyngą, z Kołymy czy Workuty, nałożyli mundury, podjedli – już wyłazi ta sama stara tandeta, flirty, wódka, brak myśli, inteligencji, blaga i bezgraniczna zarozumiałość.

Kogo obchodzi Brus?


ilustr. Nacho na podst. Google maps

1

Na zachodnich obrzeżach Łodzi znajduje się Brus. Zarośnięte Bóg wie czym chaszcze stanowiły do niedawna poligon wojskowy, na którym nawet Nacho udawał, że umie strzelać.

Sąsiedztwo ładne, bo to i popularny park na „Zdrowiu” (tak się w Łodzi określa ten rejon) i mniej lub bardziej nowobogackie wille przypominające domostwa amerykańskich milionerów.

2

Kiedyś było tu wielu Cyganów, ale ostatnio trzeba mieć szczęście, by na któregoś trafić. Na pobliskie Złotno od dziesiątków lat dojeżdżały tramwaje, ale żeby było ekologicznie i cicho zastąpiono je autobusami ;(

Cywilizacja więc była, ale to trochę jak Praga w stosunku do reszty Warszawy – niby też miasto, ale jakoś daleko.

Czytaj dalej

Łódź. Holocaust. Wyjątkowe zdjęcia.


Logo instytutu Yad Vashem w Jerozolimie

Dzień Pamięci Holocaustu przypada w tym roku na początku maja. Dokładnie nie wiadomo kiedy, bo i Żydzi różnią się tu w opiniach. Co to jednak za różnica. Nie mogę przejść obojętnie obok masowej zbrodni, która rozgrywała się także tu – parę ulic od mojego domu… Czytaj dalej

Legia Honorowa dla Różowego Trójkąta nr 7952


fot.internet/modyf. Nacho: naznaczeni w życiu - naznaczeni w obozie

Sprawiedliwość wygrała gonitwę z czasem. We francuskim Puteaux (Hauts-de-Seine) wręczono przedwczoraj Legię Honorową ostatniemu żyjącemu więźniowi Buchenwaldu, który trafił do obozu za swój homoseksualizm.

To najwyższe francuskie odznaczenie pierwszy raz trafiło do ofiary nazizmu prześladowanej za swą orientację seksualną.

97-letni Rudolf Brazda, sudecki Czech (ale z niemieckojęzycznej rodziny), osobiście uczestniczył w uroczystości. Nie krył zadowolenia, że w ten sposób uhonorowani zostali wszyscy ci (a szacuje się, że w czasie III Rzeszy dotyczyło to 15-20 tys. osób), których deportowano do obozów za ich orientację.

Czytaj dalej

Lidl – sukces nie przyszedł szybko


Pisanie bloga ma ten przywilej, że można poświęcić nieco czasu konkretnej firmie, bez posądzenia np. o reklamę. Postanowiłem przyjrzeć się nieco Lidlowi, bo jestem jego zadowolonym klientem, uważam że pod wieloma względami nie ma u nas konkurencji, a i nasza wiedza o historii tej sieci jest znikoma. Nikogo w Lidlu osobiście nie znam i nikt stamtąd nigdy mnie o nic nie prosił. 😉

Wiedzy na temat Lidla nie jest dużo, więc może uda się ją jakoś uporządkować.

Czytaj dalej

Święto roślin w pałacu Saint-Jean de Beauregard


Kiedy 3 lata temu pojechałem do pałacu Saint-Jean de Beauregard nie sądziłem, że kiedykolwiek o tym napiszę. Okazja zdarzyła się właśnie teraz, gdy dotarło do mnie zaproszenie na kolejne Fête des Plantes Vivaces, czyli Święto Roślin Wieloletnich, ponoć największą tego typu imprezę w Europie.

Czytaj dalej

Pałac w Wersalu – trony z całego świata


Do 19 czerwca można oglądać w Pałacu w Wersalu pod Paryżem pierwszą w historii wystawę tronów. Nigdy wcześniej nie pokazywano w jednym miejscu tego atrybutu władzy w takim zestawieniu.

Gdy w przepięknych wersalskich wnętrzach przechodzimy obok niemal 50 większych czy mniejszych tronów, na których zasiadali władcy świeccy i duchowni z różnych kontynentów, odczuwamy coś na kształt niedosytu.

Wyobraźnia bowiem kojarzy te siedziska z czymś wyjątkowym. Mogli wszak z nich korzystać jedynie ci najważniejsi i co za tym idzie najbogatsi.

Gdy patrzymy z bliska, trony okazują się w gruncie rzeczy ładnie zdobionym przedmiotem użytkowym. Przepych jest drugoplanowy. Zwłaszcza w wersalskich wnętrzach. Jeśli już coś zwraca uwagę to wielkość tych „foteli”. Te największe należały do papieży (jak ten obok na zdjęciu z pontyfikatu Innocentego X, XVIIw.), no i oczywiście władców rosyjskich.

Intrygujące i odmienne od europejskich są trony azjatyckie czy afrykańskie. Do obejrzenia mamy wersje „stacjonarne” i mobilne, bo władców także noszono, by np. złożyć im hołd poza pałacem.

Polonica też są. Wcale nieźle prezentuje się tron Stanisława Augusta Poniatowskiego, który do Wersalu przywędrował z Warszawy. Co oznacza także jego czasową nieobecność na Zamku Królewskim.

Wystawę obejrzeć można jadąc do Francji, ale też wirtualnie – część ekspozycji prezentowana jest w znakomity sposób przez witrynę Pałacu – muzeum w Wersalu. Uwierzcie mi jednak na słowo: miniona świetność tronów nie prezentuje się na żywo aż tak dumnie, jak na zdjęciach.

fot. ze strony internetowej Pałacu w Wersalu

Maria Konopnicka – nadzwyczaj zwyczajna


Maria Konopnicka

Ze sporym zaskoczeniem przyjąłem, że oto tekst skromnego Nacho o programie Tomasza Lisa zawędrował za ocean i znalazł się jako „List z Polski” w Polonijnej Gazecie Internetowej Meritum (zobacz…). Dzisiaj przeczytałem tam nawet wyjątkowo smaczny komentarz, potwierdzający wszystko co napisałem wcześniej (zapewne bez woli autorki). Widocznie los tak chciał.

Wypadało przejrzeć, co piszą i czytają nasi rodacy w Nowym Jorku. Meritum trudno określić jednoznacznie, ale to dobrze. Widać autorzy jakoś mogą współpracować ze sobą mając kompletnie różne poglądy polityczne. Pocieszenie znajdą więc sympatycy wszystkich naszych ukochanych partii politycznych.

Zainteresował mnie artykuł Janusza Kopcia „Maria Konopnicka na cenzurowanym”. To jeden z takich tekstów, które miło przeczytać, nawet gdy myśli się co innego. A ja myślę.

Janusz Kopeć pisze o Konopnickiej ciekawie, nawiązując do informacji, jakie pojawiły się w polskich mediach w ostatnich latach. Że nie chodzi tylko o Gazetę Wyborczą, potwierdza I część interesującego eseju Joanny Jaskółki (tu, tu, tu…).

Podążając za słowami Janusza Kopcia: nie chciałbym przerywać Marii Konopnickiej jej wiecznego snu. Gdy jednak dowiaduję się o korowodach z dociekaniem, czy pisarka była w związku z inną kobietą, czy nie, myślę sobie, że nadal taplamy się w naszym polskim błotku. Czas najwyższy otrzepać piórka i spojrzeć, jak pięknie jest poza nim.

U nas (w błotku) bohater ma być przykładny niczym wzorzec metra z Sèvres. Najlepiej jak ma żonę /męża (niepotrzebne skreślić), przodków katolików, dzieci śliczne i prawe. Bohater ma walczyć o Polskę, nie opuszczając niedzielnej mszy. Bohater ma wypowiadać się w obronie i ku czci wszystkich wcześniejszych bohaterów.

O bohaterze nie wolno powiedzieć niczego ponadto, co napisano wyżej. Czyli że był przykładny i tak dalej…

Kompletnie tego nie rozumiem. Zawsze wydawało mi się, że kimś godnym naszej pamięci jest ten, kto coś sensownego zrobił.

Maria Konopnicka napisała sporo tkwiących w naszych głowach wierszy. Jest autorką „Roty”. Dlaczego mielibyśmy nie pisać o niej dociekliwie , dlaczego gazety nie powinny upubliczniać faktów spoza encyklopedycznej notki.

To jak już Gazety zasugerowały, że Maria być może romansowała z drugą Marią, to przestajemy z dnia na dzień cenić „Rotę”?

Problem jest dopiero wtedy, kiedy jak pisze pan Kopeć „czujemy się zaambarasowani”. A po co się tak czujemy? Kto nam każe? Cóż jest tak nieakceptowalnego w czyimś życiu, że każe opuszczać wzrok na widok starej fotografii Marii K.? Ja tam patrzę z przyjemnością.

Patrzę z przyjemnością na inną pisarkę, chorującą ponoć wenerycznie. Patrzę z przyjemnością na artystę, który tworzył dzięki solidnej dawce „wzmacniaczy”.

Patrzę na nich wszystkich z szacunkiem, bo widzę w nich ludzi z krwi i kości. Jest mi zupełnie obojętne, czy Maria Konopnicka miała kumpelkę czy kochankę. Ten dylemat powinni rozstrzygnąć historycy i biografowie.

Do historii polskiej literatury Maria K. weszła raz i już nic jej stamtąd nie wygoni. Nie przekreśli też wszystkich innych szlachetnych czynów.

Pan Kopeć nie poczuł się urażony wiedzą na temat licznych romansów Konopnickiej z mężczyznami. Niech tę samą miarkę zastosuje do ewentualnego jednego związku z inną kobietą.

 

 

U Lisa nieuleczalnie i wenerycznie


Wczorajszy program „Tomasz Lis na żywo” (możesz w całości zobaczyć tutaj…) był jak późne stadium choroby wenerycznej – niby pacjent żywy, lecz spustoszenie ogromne. Pacjent to obecni w studiu politycy Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, ci spoza studia w większości także…

Właściwie nie ma już co leczyć. Użyto najsilniejszych antybiotyków i najnowocześniejszej kuracji. Na próżno.

Sprawa jest chyba zupełnie beznadziejna.


Pochodzę z rodziny typowo polskiej. Ślady problemów ze stosunkiem do Żydów przewijały się sporadycznie przez moje dzieciństwo. Pamiętam, gdy babcia mówiła, że wybuch II wojny światowej pokazał – ku zaskoczeniu – że choćby w sprawach aprowizacyjnych we wrześniu 1939 roku chętniej pomagali mojej rodzinie łódzcy Niemcy niż Żydzi. Że Żydzi to był brud, smród i ubóstwo. Przed gettem jeszcze.

Takie stereotypy, z których niewiele wynikało. A jednak.

Przez większą część życia nie spotkałem Żyda, nie wiedziałem jak takie spotkanie miałoby wyglądać. Jeśli już, spodziewałem się jakiegoś lekko nieprzyjemnego i nieokreślonego wrażenia. W każdym razie spotkanie Żyda uznałbym za godne odnotowania. Potem spotkałem szewca i aktorów. Było najzwyczajniej w świecie, ale jakoś tak „specjalnie”.

To „specjalnie” rozumiem dopiero od niedawna. Leciutko śmierdzący antysemityzm był ze mną zawsze.

Temat był dla mnie fascynujący i niepojęty. Jak mogłem mieć jakieś uprzedzenia nie znając Żydów?

Holocaust i jego skala nie mieściły mi się w wyobraźni…

Ostatni rok to zmasowana lektura książek i liczne filmy na ten temat. Po wielu latach ponownie obejrzałem wielogodzinny film „Shoah”. Kiedyś wydał mi się strasznie nudny. Dziś myślę, że to arcydzieło prostoty i emocji.

Po pewnym czasie nie miałem już wątpliwości, że jako nacja maczaliśmy w tragedii holocaustu palce. To jasne jak słońce i proste jak drut. Maczaliśmy nie przy pomocy marginalnych ohydnych zbrodni, ale dość powszechnie. Czasami przez czyn, czasami przez przyzwolenie. Najczęściej przez udawanie, że wokół nas nic się nie dzieje.

Kropka. To rola Polaków, pomimo setek przykładów współczucia, bezinteresownej pomocy i odwagi.

I oto wczoraj słucham jak panowie z PiS-u opowiadają jakieś straszne dyrdymały, są obrzydliwi w swym obronnym bełkocie. Bredzą, bo im się wydaje, że bronią narodu i bronią polskości. Atakowanych przez – a jakże – całą resztę.

Po programie było mi niedobrze, bo nie chciało mi się wierzyć, że można tak udawać i tak fałszować. W „żywe oczy”. Powoływać się na takie „autorytety”, które to z nas czyniły największych męczenników i bohaterów.

Jesteśmy smutnym narodem pozbawionym umiejętności patrzenia w lustro. Smutnym narodem, którego spora część gotowa bić i szczuć w obronie pseudo-honoru, pseudo-patriotyzmu i pseudo-religijności.

Tomasz Lis podjął temat trudny, ale – wydawałoby się – nie beznadziejny. Nie znam kraju w Europie, który nie musiałby się wstydzić za jakąś część swej historii. Powinno być nam łatwiej, bo jako ludzie mamy prawo popełniać błędy. A rozumiejąc je, możemy sobie wybaczyć.

Niestety, co najmniej 1/3 z nas (optymistycznie licząc) żyje w błogostanie obłudy i nienawiści. Oficjalnie nikt nie jest antysemitą, nieoficjalnie – droga do powiedzenia prawdy o nas samych (nie o Żydach, Niemcach, Rosjanach – bo w tym jesteśmy niezastąpieni) jest jeszcze bardzo długa…

ilustr. Nacho z wykorzystaniem źródła: Meritum