A ojciec nadal nieznany


Jens-Jürgen Ventzki "Cień ojca" (fot. Nacho)

Jens-Jürgen Ventzki "Cień ojca" (fot. Nacho)

To mogła być książka wyjątkowa, ale taką nie jest. Choć cieszy się w Łodzi dużą popularnością (może i poza nią), niespecjalnie przynosi nam wiedzę, której już byśmy nie mieli lub której nie moglibyśmy się domyślać.

Jens-Jürgen Ventzki jest synem Wernera Ventzkiego, nadburmistrza Litzmannstadt (tak podczas II wojny światowej nazwano Łódź) i relacjom z tym ostatnim chciał pierwszy książkę poświęcić.

Co mogłoby tę książkę uczynić wyjątkową? Może pokazanie różnych decyzji W.Ventzkiego w okupowanym mieście? Może opowieść o decyzjach dobrych i złych? Może pokazanie tego, co działo się w Łodzi w porównaniu z innymi miastami? Może wskazanie, że łódzkie getto trwało najdłużej? Może obraz ojca zapamiętany przez innych – także tych po jego stronie?

Co czyni ją przeciętną i płaską?

Autoterapeutyczna szczerość autora daje odpowiedź. Jens-Jürgen Ventzki zdecydował się zrobić coś z rodzinną przeszłością dopiero po śmieci ojca. Tak naprawdę nie chciał za życia ani z nim dyskutować, ani naruszać jego dobrego samopoczucia. Dał staruszkowi dożyć do końca, nie pozwalając mu pozbyć się przeświadczenia, że jest rozumiany i akceptowany przez syna.

Co stało się potem?

Potem nastąpiło odkrycie (niewątpliwie trudne), że ojciec był zbrodniarzem nazistowskim i że przez całe życie nie wyparł się swej ideologii.

Współczuję zmagania się z wizerunkiem ojca, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że strach dorosłego syna przed konfrontacją stał się wyjątkowo wygodną wymówką.

Wahadło wychyla się po śmieci Wernera w drugą stronę. Oglądamy ojca wyłącznie w ciemnych barwach. Nie ma chyba faktu, nie ma epizodu, którego syn nie widziałby teraz jako potwierdzenia tezy o całkowitej winie Wernera. Człowiek zły, podły moralnie, zdeprawowany faszyzmem – to jedyny obrazek, jaki pozostaje po lekturze. Syn natomiast – jak można się domyślić – kocha Łódź, Polaków, Żydów, a do Niemców sentyment stracił.

Jaśniejsze punkty dotyczą wyłącznie spraw prywatnych, kontaktów z żoną, dziećmi. Żona (czyli matka autora) nie była w istocie lepsza od swego małżonka… Ech…

Byłbym ostatnim, którego zamiarem jest obrona nazisty. Poczucie przejaskrawienia całej historii nie pozwala mi jednak na obronę książki.

Jens-Jürgen włożył w odkrycie prawdy sporo wysiłku. Nie dość jednak, że tej prawdy nie odkrył, to wyhodował sobie tłuściutką nienawiść, która rozmazuje obraz. Obraz i tak skromniutki.

Reklamy