Okrucieństwo dychotomiczne


This slideshow requires JavaScript.

Czy po rosyjskim kinie możemy spodziewać się czegoś wyjątkowego? Czy przedstawienie świata kontrastowego do bólu może być atrakcyjne i prawdziwe na ekranie?

Twierdzące odpowiedzi na te pytania nie mają dla mnie wątpliwości po obejrzeniu filmu „Okrucieństwo” w reżyserii Mariny Ljubakowej (premiera: 2007; w Polsce: 2010).

Oto dwie kobiety: jedna dojrzała, piękna i z porażkami poszukująca prawdziwej miłości, i ta druga agresywna, bezkompromisowa, nie wierząca w miłość, bardziej chłopięca niż kolesie z podwórka. Dwa światy i kataklizm, który wybucha, gdy ich drogi się przetną.

Czy w tym świecie, gdzie mężczyzna jest wrogiem największym, można być kobietą? Jeśli tak, to jaką? Może trzeba być feministką (to słowo w filmie nie pada), może lepiej być lesbijką, a może znaleźć przystań wśród gejów i bi, którzy gwarantują bezpieczeństwo.

A może trzeba walczyć tylko o siebie, bo solidarność z innymi kobietami do niczego nie prowadzi…

Jeśli z moich słów wynika, że oto traficie na poważne kino społeczne, to jest w tym zaledwie ziarnko prawdy. „Okrucieństwo” to i dramat, i komedia, i „kino drogi” i thriller. Jest powiew Moskwy – tej z blichtrem i wypolerowanymi klatkami schodowymi, i tej bez pudru.

Są znakomite kreacje stworzone przez dwie aktorki. Anna Biegunowa mogłaby być zadziorną emo-boginią albo histeryczną smarkulą z klasą młodej Christiny Ricci.

Renata Litwinowa gra miękko, ciepło i bije od niej blask na miarę Nicole Kidman.

Film był nadawany przez kanał „Wojna i Pokój”, a ostatnio przez TVP 2.

Ten film wytrzymają tylko mężczyźni ceniący kobiety. Inni odpadną po 10 minutach.

Advertisements