Kevin już nie jest sam w domu


Ezra Miller w scenie z filmu (zrzut Nacho)

Poszedłem do kina, bo mnie namówiono. Poszedłem, bo gra Tilda Swinton. Poszedłem, bo to miał być mroczny thriller. Poszedłem, bo to miała być nietypowa historia matki, która nie może się zdobyć na więcej ciepła w stosunku do syna…

Tak, jak w wypadku innych pań reżyser (na ogół, choć są wyjątki), tak i film Szkotki Lynne Ramsay „Musimy porozmawiać o Kevinie”, zmusił mnie do wielkiej cierpliwości. Kobiety widzą świat nieco inaczej, więc i tu cyzelowanie każdej sceny prostowało mi jelita i nakazało wiercić się w fotelu we wszystkich płaszczyznach.

Brylowanie Tildy Swinton zachwyciło większość. Choć TILDA SWINTON WIELKĄ AKTORKĄ JEST, to miałem wrażenie, że dawka jej intensywnej gry jest jak dla mnie zbyt wysoka.

Ten film pewnie dostanie 947 nagród na różnych festiwalach, ale polecam go raczej dopiero, gdy będzie w telewizji. Zrobicie sobie wtedy przerwę na kawę i wrócicie cierpieć, nie tracąc nic.

To oczywiście dobry film, z bardzo dobrą rolą dziecka małego (Rock Duer) i dziecka większego (Jasper Newell). Dobrze, bo zupełnie inaczej niż pozostali, gra dojrzały bardzo John C. Reilly. Przejmująco gra Ezra Miller…

Wszyscy grają dobrze, przejmująco, elektryzująco.

Ale co oni grają?

Słuchając wypowiedzi aktorów na temat filmu, mam wrażenie, że nie do końca przekazali to, co im się wydawało, że mają przekazać.

Tilda Swinton gra matkę chłodną, zestresowaną dzieckiem, nie rozumiejącą syna.

Problem w tym, że syn jest socjopatą, więc nie sposób go zrozumieć.

Od takiej diagnozy odżegnują się wszyscy jak jeden mąż. Ponoć chodzi tu o matkę.

No to ja mam prawo do votum separatum!

Tu chodzi o syna. Nawet najlepsza matka z zaburzonym od początku dzieckiem niewiele mogłaby zrobić. Może byłoby nieco lepiej, nieco mniej tragicznie. Może.

Długa, męcząca historia o patologii, która niechybnie źle się skończy.

Lubicie cierpieć – idźcie zobaczyć. Nie będzie wam oszczędzone…

Reklamy