Michel i Beata


Michel Houellebecq "Mapa i terytorium" (ilustr. Nacho)

Mógłbym właściwie pisać o samej książce, o tym jaka ciekawa, o tym, że bez długich narad wyróżniona we Francji prestiżową Nagrodą Goncourtów, albo że „Mapa i terytorium” Michela Houellebecqa jest och i ach…

Wszystko to mógłbym, bo książka na wszystkie pochwały zasługuje. Dość powiedzieć, że czytając ją, kilkakrotnie zastanawiałem się, czy nie sprawdzić w Google tych wszystkich postaci, które przewijają się przez jej strony. Sugestywna, realna, namacalna.

Świetna powieść, którą pochłania się z przyjemnością.

Miałem nie o tym jednak…

Otóż przy okazji tej książki zacząłem się zastanawiać nad kunsztem tłumacza, a właściwie tłumaczki. Nad faktem, że zdania pisane przez mężczyznę tłumaczy kobieta.

Beata Geppert dokonała tłumaczenia znakomitego, a nawet przepysznego. Nie ona pierwsza zajęła się prozą autorstwa mężczyzny. Na pewno bywa i odwrotnie.

A przecież tłumaczenie to nie wstawianie polskich wyrazów zamiast słów francuskich. Tłumaczenie to czucie i uczucie, swoista symbioza z autorem. Jak i kiedy w tej symbiozie odzywa się pierwiastek żeński, jak wpływa na męski język oryginału?

Nie ulega wątpliwości, że dwie płcie czymś się od siebie różnią. Te różnice tkwią także w języku, w doborze słów, w meandrach stylu. Świetne tłumaczenie Beaty Geppert oddaje i Michela Houellebecqa i ją samą.

A może to jest jak z aktorstwem, że masz niemal scalić się z odgrywaną postacią? Nawet wtedy zauważa się piętno osobowości aktora, nieprawdaż…

Tak czy inaczej, lata świetlne od okrzyczanej u nas nie tak dawno niedorosłej bogini, która wyrzuciła z siebie „Wojnę polsko – ruską” do dzieł pokroju tej książeczki znad Sekwany. Zwłaszcza tak pięknie przetłumaczonej…

Reklamy