Winda cię dowiezie. Jak Bóg da…


Tragiczny wypadek w Łodzi. Podczas remontu w jednym z bloków, ciężka podłoga windy spadła z samej góry na pracownika będącego na dole szybu. 34-latek zginął na miejscu. Bardzo smutna historia i długi artykuł na ten temat w Dzienniku Łódzkim (część tutaj…)

Miałem okazję przeczytać cały tekst, który jest znacznie dłuższy niż publikowany w internecie. W tym momencie jednak nie mam już gazety, więc to co napiszę będzie mało profesjonalne, bo z pamięci…

Otóż wypadek przyniósł kilka wypowiedzi osób mających z windami jakąś styczność. Mówili przedstawiciele ekip remontowych, spółdzielni mieszkaniowych itd. Mówili Łodzianie, ale nie wierzę, by gdzie indziej było inaczej.

W ich komentarzach pojawiły się słowa zatrważające. Że ten wypadek jest wyjątkowy, bo mamy ofiarę śmiertelną. Normalnie to zdarza się, że komuś utnie dłoń czy stopę. To jest u nas normalne! To się zdarza. Na taki drobiazg nie ma miejsca w gazetach. Pewnie wypłaca się odszkodowania.

I dalej czytam, że nie ma się w ogóle czego bać, bo windy mają ponad 90% niezawodność – usterki występują w nielicznych. Może to było 99%? – tak czy inaczej usterki są w jednej na sto, prawie w jednym na 30 trzyklatkowych bloków.

Administracje windy naprawiają, a nawet mimo sporych kosztów wymieniają je na nowe. Tłumaczą, że nie da się tego zrobić od razu, bo większość kłopotliwych wind pochodzi z czasów, gdy budowano osiedla. Jest ich dużo i są stare. Administracje wiedzą o niebezpieczeństwie. W końcu po to była ekipa remontowa w łódzkim bloku.

Moja przyjaciółka boi się wind. Wsiądzie, jak musi. Ja zawsze komentowałem ten lęk z lekką złośliwością. Wsiadasz, zamykasz drzwi (jeśli są), naciskasz przycisk i jedziesz. Brak prądu można przeczekać. Słynne sceny z filmu „Płonący wieżowiec” to tylko katastroficzna wizja. Choć się zdarzają w rzeczywistości, to nie mówimy w końcu o sytuacjach ekstremalnych. W tym kontekście nawet łódzki wypadek był czymś ekstremalnym. Samo życie jest niebezpieczne.

Chodzi o całą resztę zwykłych sytuacji, kiedy korzysta się z tego udogodnienia. Bez świadomości, że często wiszące na linie pudełko nadaje się już tylko do wymiany.

Pamiętam moją styczność z przekonaną o swej boskości kobietą z nadzoru budowlanego. Czegóż to ona nie wymyślała? Jakżeż dokładna była w swoim rozumieniu przepisów. Pamiętam Sanepid, któremu przeszkadzał pęknięty kafelek.

I widzę szpitale, przed którymi ucieka Sanepid. I widzę problemy, które dla nadzoru budowlanego stają się istotne dopiero, gdy coś złego się wydarzy. I tak przecież nikt za nic nie odpowiada. Każdy zrobił co mógł. Więcej się nie dało.

fot. Ads of the world
Reklamy