Panie Warlikowski, widz też człowiek!


Jeżeli ktoś myślał, ze po tym tytule posypią się jakieś słowa krytyki pod adresem twórczości Krzysztofa Warlikowskiego, to grubo się pomylił.

Pod adresem twórczości – na pewno nie!

(A)pollonia, którą miałem szczęście zobaczyć w ostatni weekend, jest wydarzeniem wyjątkowym, a i być może najlepszym przedstawieniem teatralnym, jakie widziałem w swoim życiu. [Tylko proszę – bez komentarzy w stylu: „to mało jeszcze widziałeś…”]

Warlikowski to polski fenomen na skalę europejską i trzeba go hołubić i dopieszczać. A niech mu tam – zasłużył!

Dodatkowe zdanie poświęcę Małgorzacie Hajewskiej – Krzysztofik. W moich oczach wyrasta oto gwiazda o wyjątkowo pięknym blasku. Aktorka – nawet w tym spektaklu – będąca o oczko wyżej od wszystkich. Nawet od znakomitego Macieja Stuhra i przepysznej Ewy Dałkowskiej. Również od znakomitej Małgorzaty Cieleckiej. Hajewska – Krzysztofik nie gra – ona jest postacią ze sceny i widać to zwłaszcza przy oklaskach końcowych, kiedy ma zdobyć się na uśmiech w stronę widowni. Nie jest łatwo… Fenomenalna!

Jest też w „(A)pollonii” śliczny Tomasz Tyndyk, gej z natury własnej i natury odgrywanej postaci. (tu na Facebooku). Gra prowokacyjnie i bezbłędnie. A że gra zupełnie nago, to w otoczeniu odzianych, nie jest mu pewnie lekko.

Samo przedstawienie jest przemyślane, nowoczesne, bez przerostu formy nad treścią (o co łatwo), ale pisali o nim mądrzejsi ode mnie, więc sobie poszukajcie wiedzy sami.

Mała zachęta wizualna poniżej:

Skoro wszystko ach i och, to czemu moje refleksje mają taki zadziorny tytuł?

Ano, widz (czyli ja) przyjeżdżając na „(A)pollonię” gdzieś na przedmieścia Warszawy, ma za zadanie wytrzymać co najmniej 4 godziny. Krzysztof Warlikowski nie ma litości. Na Zachodzie pokazuje swoje dzieła w dobrych teatrach, u nas w hali gdzie produkuje się m.in. programy telewizyjne.

I nie ma tłumaczeń, że teatr dopiero się buduje, że wtedy będzie cacy. Teraz cacy nie jest. Widz ma siedzieć bez przerwy 3 godziny (dopiero potem przerwa) na krzesełku biurowym z lekką wyściółką. Ma przedtem wypić kawę, a mimo to wytrzymać.

Znajomi mówili: „pewnie ci się chciało palić”?!

Otóż o paleniu zapomniałem zupełnie. Po drugiej godzinie scena zaczęła obchodzić mnie średnio. Tematy w mojej głowie były 3:

  • jak siedzieć, by wytrzymał kręgosłup i pośladki
  • jak przetrzymać fale powietrza z nawiewu, gdzie było trochę tlenu i fale powietrza skądinąd, gdzie tlenu nie było
  • jak zapomnieć o pełnym pęcherzu.

A nie, nie… To nie subiektywne.

Nie musiałem podsłuchiwać, by słyszeć małżeństwo z lewej, mówiące dokładnie to samo. Nie musiałem nastawiać ucha, by przy papierosie (w końcu) słuchać młodych dziewczyn roztrząsających swoje stany psychofizyczne związane z marzeniem o ubikacji.

Perfidia, Panie Warlikowski, wygląda tak, że widownia myśli o sedesach, a Pan pokazuje je na scenie. Na ogół nikt ich nie zajmuje, ale skorzystać nie ma jak.

Widz też człowiek – Panie Krzysztofie! Widz na przykład, po spektaklu, usiądzie znowu na kilka godzin w samochodzie, by wrócić do domu.

Bilety na Pana spektakle nie są tanie – ale może przyzwoite fotele są za drogie?

Chce Pan przekazać nam wszystkim ważne treści, tyle że z treściami tymi skutecznie walczą prozaiczne ludzkie potrzeby. Niech Pan pamięta, co w końcu wygra…

Reklamy